Ciasto z kubeczka


Nie było nas wczoraj w domu przez większość dnia a wieczorem była projekcja 5 części Gwiezdnych Wojen i nie upiekłam nic do kawki na niedzielę. Miałam jeszcze nadzieje, że wstanę wystarczająco wcześnie w niedziele rano, by coś upiec. Nawet nastawiłam budzik na 7.00.... ale niestety wyłączyłam go i obudziłam się o 8.30...cała ja! Zdążyłam tylko upiec kurczaka i nastawić rosół, oraz zrobić surówkę a la colesław z KFC. Na ciasto nie starczyło mi czasu przed pójściem do kościoła. Więc nie zostało mi nic innego jak do zrobionej przez mężusia poobiedniej kawki zrobić ciasto z kubeczka pieczone w mikrofalówce... Cud wypieków to nie jest, ale jak bardzo chce się coś słodkiego to w sam raz.
Ja dodałabym następnym razem jakieś owoce... może wiśnie...

 ciasto kakaowe:

1 jajko
4 płaskie łyżki mąki
2 łyżki cukru
2 łyżki kakao
1/2 łyżeczki proszku dopieczenia
3 łyżki oleju
4 łyżki maślanki, jogurtu lub mleka
cukier waniliowy

Wszystko mieszamy w kubeczku (około 300ml) i wstawiamy do mikrofalówki na 4 minuty. Można posypać cukrem pudrem lub ozdobić bitą śmietaną w spray'u.
Smacznego!

Tortille z pełnoziarnistej mąki

Moja rodzinka kocha tortille, pełne chrupiących warzyw, soczystego kurczaka i polane czosnkowym sosem. Sama wymyśliłam przepis na te elastyczne placki zniechęcona wysoką ceną tych dostępnych w sklepach. Długo trwało zanim doszłam w czym rzecz i czemu moje nie są takie mięciutkie czy elastyczne. Sekretem jest oliwa z oliwek dodana do mąki i ciepła woda. To naprawdę fajna rzecz takie placki. Można ich użyć do zrobienia kanapek jak nie mamy chleba. Wystarczy posmarować serkiem twarogowym, dodać warzywa, ładnie zwinąć i opakować w folię aluminiową i już możemy takie zwijane kanapki zabrać na piknik, czy wycieczkę.


tortille:

1 szklanka mąki pełnoziarnistej
2 szklanki maki pszennej
1/3 szklanki oliwy z oliwek
około 11/2 szklanki mocno ciepłej wody

Zagniatamy z podanych składników elastyczne ciasto. W miarę potrzeby dodajemy więcej wody lub mąki. Ciasto musi być dość miękkie, aby łatwo się rozwałkowało. Formujemy kulki wielkości mandarynki i rozpłaszczamy na placuszek rękami. Wałkujemy bardzo cienko na wielkość patelni. Pieczemy na suchej patelni około 2 minut z każdej strony. Upieczone zawijamy w ściereczkę, żeby nie wyschły. Jak wystygną wkładamy do woreczka.
Podajemy z ulubionymi warzywami i mięsem, majonezem lub sosem czosnkowym.
Smacznego!

Wycieczka na Zlaty Chlum


15 sierpnia - dzień wolny od pracy, więc wybraliśmy się z naszymi sąsiadami na wycieczkę do Czech.  Około 40 kilometrów od Nysy są już niezłe górki. Pojechaliśmy do Jesenika a stamtąd na Zlaty Chlum. Pogoda była wprost wymarzona na takie spacerki, nie było ani za zimno, ani za gorąco. Trasa zaczyna się koło restauracji  na szczycie krizowy vrch i ma około 2, 5 km.


Wędrowaliśmy sobie spokojnie, jako, że mój najmłodszy synek znalazł kostuch i szedł na samym końcu obwieszczając wszem i wobec, że jest Gandaalfem... ciągnął się ten Gandalf jak ogon... .


Wzdłuż szlaku napotykaliśmy na prawdziwie leśne owoce, którym moi chłopcy nie mogli się oprzeć.

 
Na polankach owady zapylały oset i  była prawie prawdziwa leśna cisza (jak udało się uciszyć moich synków!).

 
Na szczycie góry wdrapaliśmy się na wieżę widokową, skąd mogliśmy podziwiać zarówno tereny czeskie jak i polskie. Nawet była niezła widoczność.Przy piknikowych stołach,  u podnóża wieży, mieliśmy okazję zjeść kruche ciasto ze śliwkami i babeczki herbaciane i wszystko popić pyszną kawką, która w termosie wniósł na swych plecach mężusiowaty


Na barierkach były napisy w j. czeskim, które objaśniały po kolei oglądane widoki.
Czeski szczyt Pradziad, na który zamierzamy niedługo się wybrać. To ten w oddali, z wieżyczką.



Nasze Jezioro nyskie na prawo od góry na środku zdjęcia...


 
Widok na Biskupią kopę... szczyt pół w Polsce pół w Czechach. Mojemu synkowi bardziej przypadła czeska nazwa... ciekawe dlaczego... :)


Po zejściu z góry zasłużyliśmy na małe "conieco" w restauracji, o swoistym wystroju. Jedliśmy "misę przyjaciela:" składająca się z 4 rodzajów mięsa, pieczone ziemniaczki, frytki i czeską kofolę - odpowiednik caca coli.



Obok restauracji znajduje się malutki kościółek, który akurat był przystrojony do ślubu. Przed restauracją wytwory miejscowych rzeźbiarzy.






Wycieczka bardzo nam się podobała.. trzeba częściej kultywować taki sposób spędzania wolnego czasu. Tym bardziej, że tak blisko mamy do gór...

 Bardzo kruche ciasto ze śliwkami

Dla mojego mężusia upiekłam super kruche ciasto, tym razem ze śliwkami. Oprócz drożdżowych i serników, kruche ciasta to jest to, co mój tygrysek lubi najbardziej. Zastąpiłam część mąki pszennej ziemniaczaną, aby uzyskać bardziej sypką strukturę. Wyszło znakomicie i ciasto naprawdę było kruche i delikatne. Mężusiowi smakowało, więc cel został osiągnięty. Wzięliśmy to ciasto w pudełeczku na wycieczkę w góry, na której byliśmy wczoraj. Po zdobyciu szczytu zasłużyliśmy na mały kawałeczek z kawką z termosu. Następny wpis będzie o tym. :)


ciasto:

20 dag margaryny
10 dag cukru drobnego
2 żółtka
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenie
3/4 szklanki maki ziemniaczanej
1 szklanka mąki pszennej
tłuszcz do wysmarowania blachy
bułka tarta
1/2 kg śliwek

Z podanych składników (oprócz śliwek :)) zagniatamy szybko kruche ciasto i wkładamy do lodówki na godzinę. Potem wyklejamy ciastem tortownicę wysmarowaną tłuszczem i posypaną bułka tartą. Na ciasto sypiemy jeszcze trochę bułki tartej, by wchłonęła nadmiar wilgoci ze śliwek. Układamy na to połówki śliwek, skórkami do dołu i posypujemy kruszonką.

 kruszonka:

2 łyżki miękkiego masła
2 łyżki cukru
4 łyżki mąki

Wszystkie składniki mieszamy ze sobą, w miarę potrzeby można dodać więcej mąki, tak, aby kruszonka była sypka. Wkładamy na chwilę do lodówki i dajemy kruszonkę na śliwki. Ciasto wkładamy na około 40 minut do piekarnika i pieczemy w temperaturze 190-200 stopni.
Smacznego!

Babeczki herbaciane z rodzynkami

Moje ulubione babeczki, pełne wilgotnych rodzynek, z lekkim posmakiem herbaty i cytrynową nutą.W sam raz na popołudniową herbatkę z przyjaciółmi. Zrobiłam je w we wczorajszym szale gotowania i pieczenia, czym uszczęśliwiłam moje dzieciaki, które też kochają te rodzynkowe smakowitości. Mój synek nie mógł się doczekać aż pokryję je cytrynowym lukrem, bo tak chciał je spałaszować. Dziewczyny dostały nawet ich trochę na nockę u przyjaciółki.  Zaprosiła je obie na nocne pogaduchy i oglądanie łzawych komedii romantycznych. Trochę spokojniej w domu jak nie ma połowy dzieci. Spędziliśmy wieczór z chłopakami na oglądaniu 4 części Gwiezdnych Wojen. Mamy  taki wakacyjny, gwiezdny maraton. Ja podczas jednego z gwiezdnych filmów wydziergałam na szydełku podkładkę pod gorące naczynia. Jak na pierwsze wprawki z szydełkiem to nawet mi się podoba...


ciasto:

1/2 kg mąki
4 żółtka
160 g margaryny
200 g drobnego cukru
2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z cytryny
1/2 l naparu mocnej herbaty
szczypta soli
200 g rodzynek

cytrynowy lukier:

sok z jednej cytryny
cukier puder

Rodzynki gotujemy 5 minut w naparze herbaty, studzimy i odsączamy, (napar zostawiamy). Margarynę ucieramy z cukrem i sukcesywnie dodajemy po jednym żółtku. Potem dodajemy skórkę cytrynową, przesianą mąkę z sodą i proszkiem i wlewamy zimny napar herbaciany. Na koniec dodajmy rodzynki. Mieszamy i wykładamy do papilotek. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 15-20 minut.
Smacznego!

 Mięciutkie knedle ze śliwkami


Wczoraj z sąsiadką siedziałyśmy przy pysznej kawce i snułyśmy marzenia o knedlach... z pysznymi śliwkami... i cynamonem i masełkiem.... No postanowiłam zrealizować to marzenie dzisiaj. Wracając z moim mężusiowatym  z wieczornego, rowerowego wypadu po jogurty, pojechałam do naszego osiedlowego sklepu po śliweczki i cynamon. Dokupiłam również trochę ziemniaków, bo obawiałam się, że te w domu to już nędzna resztka.
Dzisiaj po porannych czynnościach kuchennych (czytaj: sprzątanie po wczorajszym dniu, bo wieczorem nikomu się nie chciało!), zabrałam się do wymarzonych knedelków. Po 2 godzinach mogłam zaprosić moją słodką szarańczę na obiad. Zjadali, aż im się uszy trzęsły, a myślałam, że nie przepadają. Wiedziałam, że najstarsza córcia lubi, bo wczoraj snuła knedelkowe marzenia ze mną i sąsiadką, ale reszta mnie zadziwiła, bo brali dokładki. Najmłodszy synuś (owocowo-warzywny niejadek) dostał knedelki bez nadzienia, które wcinał na równi z rodzeństwem... taki ukłon w jego stronę, ale mam nadzieję, że niedługo będzie wcinał razem z nami te śliwkowe cudeńka.

mięciutkie knedelki:

2 1/2 kg ugotowanych i przeciśniętych przez praskę ziemniaków
1/2 kg śliwek
2 jajka
1 szklanka mąki ziemniaczanej
2 szklanki mąki pszennej
sól
masło
cynamon
cukier

Ziemniaki po przestudzeniu (powinny być lekko ciepłe) wyciskamy przez praskę, dodajemy jajka, obydwie mąki i zagniatamy szybko ciasto. Robimy dwa długie walce, które kroimy na małe plasterki. W każdy plasterek zawijamy połówkę śliwki i zawijamy formując knedelki. Rzucamy na gotującą się osoloną wodę i gotujemy około 1 minuty od wypłynięcia na powierzchnię. Podajemy od razu polane masełkiem i posypane cukrem i cynamonem.
Smacznego!

 No i kiedy koniec wakacji??



Zaczynam tęsknić za szkołą... dla ścisłości - szkołą moich dzieci, a jeszcze dokładniej, tęsknię za tym czasem, kiedy moje dzieci są w szkole. Czas błogiej ciszy i niczym niezmąconego spokoju. Nikt tego nie docenia bardziej niż rodzice posiadający dużo dzieci. Bardzo kocham moje dzieci, ale czasami mam ich serdecznie dość i tylko chrześcijańska dusza powstrzymuje mnie przed związaniem ich, zakneblowaniem i(dla gwarancji) przywiązaniem do kaloryfera.... :) Zamiast tego uśmiecham się i wysłuchuję po raz setny jak przejść jakiś poziom w grze, czy co zrobił Anakin Skywalker, albo jak zbudować taras w Minecraft... Zamiast rzucać na prawo i lewo brudnymi skarpetkami i majtkami, które zostawiają na podłodze, wołam chłopców  i z  szelmowskim uśmiechem tłumaczę, że skarpetki same do prania nie pójdą. Po raz setny każe ściszyć mojej córce radio i ściągnąć nogi ze stołu, po raz dwusetny każe im się ruszyć z kanapy i wykazać jakąkolwiek aktywność, poza przełączaniem kciukiem kanałów w kablówce. Nie powiem, że zawsze tak jest, oczywiście, że nie. Są i takie piękne dni, kiedy moje córcie bez żadnego nakazu same sprzątają, prasują i piorą a nawet zadają ulubione moje pytanie: "pomóc Ci w czymś mamusiu?", kiedy chłopcy grzecznie się bawią, słuchają poleceń i się nie biją... Statystycznie taki dzień zdarza raz na 10 dni, co i tak według mnie nie jest źle.



Pojechałam dzisiaj z moimi chłopakami na imprezę zorganizowaną przez Studio kids - taki nasz nyski kulkoland. Nie za bardzo chcieli jechać, a ja nie chciałam żeby siedzieli w domu i grali w gierki na komórkach.
- Chodźcie, pojedziemy do babci, zawieziemy jej słoiczki na dżemiki,  a potem zabiorę was na lody... - kusiłam.
 - A do babci na długo? - upewniał się mój starszy synuś.
 - Nie, tylko damy jej słoiki i pojedziemy do "Łasucha" na lody. - uspokajałam ich.
 - No dobra..... - zgodzili się.
 Zawieźliśmy te słoiczki, które całą drogę (na rowerach) brzęczały mi w koszyku i zastanawiałam się czy jakikolwiek z nich ostanie się cały. Jednak udało się, nic się nie potłukło! Potem obiecane lody i pojechaliśmy na boisko, gdzie trwała już impreza. Nie przypadła  jednak do gustu chłopakom, którzy liżąc lody ( i fundując sobie przy okazji niebieskie wąsy!) stwierdzili, że do dla maluchów i dziecinanada, a w ogóle wracajmy do domu...
 - Może chociaż zobaczymy co tam jest, co? - powiedziałam podchodząc bliżej.
Niechętnie ruszyli za mną i na każdą moją zachętę, by uczestniczyli kręcili głowami i mówili:
- Nie, mamo, nie....
- Nawet malowanie twarzy? A może powalczycie z bańkami mydlanymi? Patrzcie jak ich dużo.... - starałam się resztami sił. Nic z tego... Może gdyby byli tu ich koledzy wszystko miało by inny wymiar.. No cóż zebraliśmy się i pojechaliśmy do hurtowni kupować piórniki, zeszyty, pióra i takie tam szkolne rzeczy. To zdecydowanie lepiej im się podobało. Ot, nieuchronnie do samodzielności dążą - jak powiedział Pawlak w kultowej komedii. Szkoda... szkoda, że dzieci tak szybko dorastają....