Babeczki kukurydziane


Dzisiaj naszła mnie ochota na babeczki kukurydziane. Rano byłam w hurtowni po kartony i podkłady pod tort i zobaczyłam tam śliczne żółciutkie papilotki do muffinek. Nie oparłam się im... słaba ze mnie kobieta. :) No i w domu, korzystając z rozgrzanego piekarnika (piekę biszkopt na jutrzejsze tortowe zamówienie) upiekłam te słoneczne ślicznotki. Dzieciaki zachwycone! Spałaszowaliśmy je jeszcze lekko ciepłe - takie są najlepsze!
Mój synek był bardzo dumny, że jego rączki (po doszorowaniu) brały udział w sesji fotograficznej... :)


babeczki kukurydziane:

1 szklanka maki kukurydzianej
1 szklanka maki pszennej
3 łyżki cukru
2 jajka
1 szklanka maślanki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1/2 szklanki oleju
cukier puder do posypania

Suche składniki mieszamy w jednej misce, w drugiej mokre. Dosypujemy suche do mokrych i mieszamy łyżką na gładka masę. Dajemy do papilotek i pieczemy około 15 minut na złoto. Posypujemy cukrem pudrem i jemy jeszcze ciepłe.
Smacznego!



Znowu mnie natchnęło

Jakiś czas temu dałam sobie do zakładek w mojej przeglądarce zdjęcie tej dziewczynki. Pomyślałam, że jak kiedyś będę miała czas, to ją narysuję... no i nadszedł ten czas... Powiem wam, że obawiałam się jak mi ten powrót do rysowania (po 20 latach od liceum plastycznego) wyjdzie. Jednak to tak, jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina. Najważniejsze jest to, że sprawia mi to przyjemność i odpoczywam od całego harmidru jaki towarzyszy mi cały dzień.



Dzieciaki wczoraj dawały do wiwatu. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy po prostu miały zły dzień. Najpierw starcie z moją  "drugorodną" córką, która zaplanowała sobie, że pojedzie z młodszą o rok od niej sąsiadką do kina - do Wrocławia. (około 100 km od nas). Same! Na seans o 18.00 i potem same wrócą... Ale sobie wymyśliły! Kogo jak kogo, ale te dwie kundzie, to bym same nigdzie nie puściła! Moja latorośl ma takie wyczucie w terenie, że jeszcze niedawno potrafiła dzwonić z miasta i mówić, że nie wie jak wrócic do domu:
- Mamo.. ja jestem koło takiego znaku, jak ja teraz mam iść? - pytała.
- Koło jakiego znaku? - dopytywałam się.
- No koło tego sklepu. - odpowiadała elokwentnie.
No i jak ja tą moją zagubiona owieczkę mam puścić do Wrocławia z młodszą psiapsiółką??? Wprawdzie była we Wrocławiu nie raz, ale zawsze z kimś i wszędzie ją wożono autem. Długo trwało zanim zrozumiała, że to co mówimy jest nieodwołalne... Płakała, jęczała, odgrażała się nawet, że ucieknie w takim razie, co my skwitowalismy krótkim:
 - Proszę bardzo! A my zadzwonimy na policję i zgarną cię zaraz po wyjściu z autobusu.
Ale była zdziwiona. Trochę nas to z mężusiowatym bawiło, chociaż wiem, że dla niej to wielka tragedia. Odłożyła sobie nawet pieniądze na to i nie wydaje ich od 2 tygodni, co u niej jest wielkim wyczynem! Wieczorem porozmawiałam z moja pierworodną córcią, czy nie pojechała by z nimi, ale do Opola (50 km). Te dwie kundzie, też już działały w tym kierunku.
 - Mamuś, one się mnie już pytały, czy z nimi pojadę. Powiedziały, że dadzą mi  nawet na bilet na pociąg, ale na kino już nie. I co, ja mam przez dwie godziny siedzieć na ławce jak one będą w kinie, ale agentki.
- Pomyślimy jeszcze o tym córciu. Na razie to się cieszę, że do nich dotarło, że samotna eskapada nie wchodzi w grę.
Potem mój synek robił cyrki przy rosołku. Kupiłam nowy makaron - gniazdka do rosołu. Chciałam wypróbować coś innego. No i makaron był pyszny, ale długi niczym nitki spagettii. Śmialiśmy się wszyscy, jak zaczęliśmy jeść i makaron zwisał nam z ust.
- Ok. - powiedziałam po chwili.- Macie dzisiaj pozwolenie na siorbanie!
Nie skończyłam mówić, jak mój mężusiowaty i najmłodszy synek zaczęli siorbać, że hej!!! Starszy syneczek za to się obraził! Bo makaron za długi, bo rosół za gorący, bo on nie wie jak to jeść... tysiąc problemów. Więc powiedzieliśmy mu, że jak nie zje, to nie będzie mógł zjeść hot-dogów, które dla nich zrobiłam na drugie danie. Poszedł do pokoju, wyzłościł się i wrócił za 10 minut, zagrzał rosołek i zjadł - bez problemu już!
Od dawna mieliśmy z naszymi dziećmi taką taktykę, że wysyłaliśmy ich do miejsca odosobnienia, żeby tam robili cyrki i szlochali. Dziwnym trafem takie scysje trwały o niebo krócej niż te, które miały widownię! Doszło do tego, że jak mój synek  kiedy zaczynał płakać i robić awantury od razu biegł do swojego pokoju, po czym wracał po krótkiej chwili i mówił:
- Już się uspokoiłem...
Wprawiał w tym w osłupienie niejednych gości i rodzinę. 
Szkoda, że to już nie działa na moje córki.. Bo te jak zaczną jazgotać, to nie dosyć, że nie można ich zatrzymać, to jeszcze nie chcą do pokoju swojego pójść... 
Ale nikt mi nie obiecywał, że wychowanie dzieci ( i to do tego czwórki) będzie łatwe.... :)

Warkocz z francuskiego ciasta z kurczakiem, brokułami i serem


Jakiś  tydzień temu byliśmy na proszonej kolacji u naszych przyjaciół. Główną atrakcją wieczoru nie było jedzonko (nota bene pyszne!), ale był nią ich mały - 10 miesięczny synek. Słodziak jakich mało! Jeszcze nie chodzi, ale piłkę kopie jak mały Maradona. Mieliśmy okazję z mężusiowatym trochę ponosić takie maleństwo, co oboje bardzo lubimy. Co jak co, ale malutkie dzieci są takie rozkoszne, że nic się nie może równać... Więc prowadziliśmy go, by mógł kopać piłkę, podawaliśmy mu nieskończoną ilość razy piłkę do rączek, by mógł nią rzucać! A potrafi to robić nawet zza głowy! Niesamowite!
Wracając do tematu, to jedliśmy u nich pyszne danie. Nie wiem skąd nasza przyjaciółka wzięła przepis, ale danie było tak pyszne, że poprosiłam ją o skopiowanie przepisu dla mnie. Cudowny, chrupiący placek - warkocz z ciasta francuskiego,  w środku brokuły, smażone kawałki kurczaka, ser żółty i ser feta. Baaaardzo dobre i łatwe. Doskonałe na kolację z przyjaciółmi, czy na obiad z teściami. Na pewno będzie smakować. Ja postanowiłam zrobić to danie na niedzielny obiad i podać to z sałatka z różnych warzyw. 
Więc jak tylko wróciliśmy z kościoła zawinęłam farsz (zajęło mi to około 5 minut) i do piekarnika na 15 minut. Po 20 minutach obiad był gotowy! O ile oczywiście, tak jak ja przygotujecie sobie, składniki farszu dzień wcześniej. Właściwie składniki farszu można dowolnie modyfikować w zależności od tego, co mamy akurat w lodówce. Można to zrobić z pieczarkami, szynką i serem, z pomidorami, oliwkami i fetą. Możliwości jest wiele. Wystarczy mieć gotowe ciasto francuskie i ser żółty a resztę na pewno znajdziemy w domu i kolacja czy obiad jak u królowej. Ja dzisiaj serwowałam z brokułami i mięskiem z kurczaka. Naprawdę polecam, to się nie może nie udać!


francuski warkocz:

2 opakowania ciasta francuskiego
1 duży brokuł/2 mniejsze
2 duże piersi z kurczaka
20-30 dag żółtego sera
ser feta
sól
pieprz
zioła włoskie
jajko do posmarowania

Piersi kurczaka kroimy w małe kawałki, doprawiamy i smażymy na rumiano na patelni. Brokuł dzielimy na różyczki i chwile podgotowujemy na parze lub w mikrofali. Ser żółty trzemy na tarce na grubych oczkach, fetę kroimy w kostkę.
Rozwijamy płaty ciasta i zostawiamy je na papierze, w który były zawinięte. Na środek (około 1/3 szerokości) dajemy farsz. Boki nacinamy  - tworząc paski, które potem zawijamy w warkocz na farszu, pokrywając go ciastem. Smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziołami, potemdo piekarnika na 15 minut. Trzeba uważać, żeby się nie spaliło.
Smacznego!

Sernik z musem z nektarynek


Jeszcze będąc w Chorwacji, kiedy leżałam na plaży i  przeglądałam sobie gazety kolorowe i w oko wpadł mi jeden przepis, który postanowiłam wypróbować po powrocie z wakacji. Sernik... Moje ulubione ciasto - we wszystkich odsłonach: na ciepło, na zimno, pieczone, gotowane... wszystkie kocham. Moja ukochana teściowa piecze pyszne serniki, nie dorastam jej do piet, choć staram się i próbuje coraz to nowych przepisów na to pyszne ciasto. Lato gorące jak w tropikach, więc postanowiłam upiec mój serniczek na kruchym spodzie i ozdobić do musem z nektarynek. Nie wyszedł mi tak jak sobie wymarzyłam,  ciasto kruche  przykleiło się do formy i na talerzyk trafił sam serniczek, ale co tam i tak był dobry... Będę dalej wałkować serniczkowy temat.






kruchy spód:

120 g mąki
50 g masła
2 łyżki cukru pudru
szczypta proszku do pieczenia
1 jajko

Z podanych składników zagniatamy ciasto i wyklejamy tortownicę małą wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy w 180 stopniach przez 5 minut.

sernikowa masa:

1/2 kg sera na sernik
2 jajka
200 g drobnego cukru
200 ml śmietany 18 %
cukier waniliowy

Składniki wymieszać i wylać na podpieczony spód. Piec godzinę w 150-170 stopniach. Powinien być blady.

mus nektarynkowy:

1 kg  mocno dojrzałych nektarynek
1 galaretka brzoskwiniowa

Nektarynki obieramy i kroimi w kawałki, miksujemy z gładko i dodajemy galaretkę rozpuszczoną w połowie  ilości wody podanej na opakowaniu. Dodajemy do musu i mieszamy dokładnie. Wylewamy na upieczony i wystudzony sernik i do lodówki na około 10-12 godzin.
Smacznego!

Chwila na rysowanie

Tak mnie wczoraj wieczorem naszło... a wszystko przez moich chłopaków....


Od samego, w rana w naszym mieszkanku trwały "samcze walki". Moi synowie, próbowali ustalić pozycję w stadzie. Tłukli się w każdym kącie: w sypialni, na narożniku w salonie, w kuchni, w przedpokoju.... normalnie całe mieszkanie było jednym wielkim ringiem. Masakra! Kiedy mi już zaleźli za skórę, wygoniłam ich do ich pokoju za karę. Pomieszczenie to, zwane dumnie pokojem chłopaków, ma 6 metrów kwadratowych i powstało z przedzielenia dużego pokoju na dwa mniejsze. Więc wysłanie ich tam to czasami rzeczywiście kara. Jednak ta mała powierzchnia nie zniechęciła ich do dalszych walk. Niestety. Rozgorzała walka na poduszki! No i usłyszałam brzęk tłuczonego szkła! Pomyślałam, że normalnie zaraz ich poduszę... Okazało się, że stłukli żarówkę. Wszędzie pełno szkła... oni przerażeni... No i co miałam zrobić? Po zasłużonej reprymendzie, zostali oddelegowani na podwórko.
- I żebym was przynajmniej przez godzinę nie widziała w domu, paskudniki moje...- powiedziałam surowym tonem.
Zmykali jak myszy przed kotem. A mnie nie zostało nic innego jak zabrać się za oczyszczanie ze szkiełek ich pokoju. Na moje nieszczęście, drobinki szkła były i w łóżkach i w zabawkach i na podłodze... No i wtopiłam... Przez 3 godziny sprzątałam te 6 metrów. Wysprzątałam każdy zakątek, posegregowałam zabawki, umyłam 10 kg klocków lego, ułożyłam ubranka, wytrzepałam pościel, posprzątałam na biurku.... No i właśnie na biurku były kredki w dużym wiaderku, i kiedy je segregowałam to mnie naszło natchnienie, aby coś narysować...
Wieczorem, kiedy chłopcy ze swoim kolegą, który u nich śpi, zasiedli wykąpani i najedzeni przy komputerze, wzięłam kredki i zaczęłam rysować..... Lubię to, chociaż mało na to mam czasu. Po skończeniu pochwaliłam się rodzince. Dziewczynom się podobało... a mężusiowaty skwitował:
- To z Ciebie teraz artystka?
Paskudnik.
W każdym razie, fajnie było trochę posiedzieć i potworzyć coś,  a właściwie odtworzyć, bo dziewczynę przerysowywałam ze zdjęcia w internecie.

Sos z pomidorów i cukinii

Do gołąbków zrobiłam sosik, a ponieważ nie miałam  dużo pomidorów, postanowiłam dodać trochę tartej cukinii, żeby było go więcej. Wyszło wyśmienicie. Sos był z wyraźna nutką pomidorowo-bazyliową i tylko wyjątkowo wyczulony koneser odnalazł w tym smak cukinii. W związku z tym udało mi się wcisnąć ten sosik mojemu synusiowi, który boi się warzyw. Sos pomidorowy je, ale gdyby tylko się dowiedział,  co ja tam jeszcze wcisnęłam... nie tknąłby nawet kijem! :)


 sos z pomidorów i cukinii:

4 pomidory (obrane i pokrojone bez gniazd nasiennych)
1/2 cukinii (obranej i startej na tarce)
1 łyżeczka cukru
1/2 łyzeczki soli
6 listów bazylii
cebula posiekana
3 ząbki czosnku posiekane
5 łyżek oliwy z oliwek
zioła włskie
sól
pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i smażymy na niej cebulę i czosnek, dodajmy cukinię i na koniec pomidory. Przyprawiamy do smaku. Można zmiksować, jak ktoś woli gładkie sosy. Znakomity do gołąbków, do makaronu, do pizzy, jako dip do chipsów.
Smacznego!

Bułki śniadaniowe z musem jabłkowym

Tak mi się spodobały nocne wypieki, że postanowiłam zrobić bułeczki na śniadanie - własnego pomysłu. Wykorzystałam do nich mus jabłkowy, który zrobiłam dzień wcześniej i nie wiedziałam co z nim zrobić. Trochę bałam się co wyjdzie z tych moich eksperymentów kulinarnych, ale co tam! Raz kozie śmierć pomyślałam i zagniotłam ciasto. Schowałam je do lodówki i poszłam spać. Rano zadziwiło mnie, że to ciasto tak bardzo wyrosło. Wczorajszy chlebek, owszem wyrósł, ale nie aż tak! Zagniotłam jeszcze raz, uformowałam bułeczki i wsadziłam do piekarnika. I czekałam, zaglądałam, martwiłam się... No i niepotrzebnie! Bułeczki wyszły wyśmienite, wilgotne i mięciutkie w środku i chrupiące na zewnątrz. Pyszne. Zachęciło mnie to do dalszego próbowania i eksperymentowania w kuchni... Bójcie się... :)


bułki z musem:

800 g mąki
2 szklanki musu jabłkowego
4 łyżki cukru
2 jajka
50 g drożdży
szczypta soli
1/3 szklanki ciepłego mleka
jajko do posmarowania

Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku i odstawiamy na 15 minut. Potem dodajemy przesianą mąkę, cukier, sól,  mus i jajka. Zagniatamy elastyczne ciasto ( w razie potrzeby można dosypać więcej mąki) i wkładamy na noc do lodówki. Rano jeszcze raz zagniatamy i formujemy 16 bułeczek, smarujemy roztrzepanym jajkiem i do piekarnika. Najpierw 150 stopni - 5 minut i następne 15 minut w 180 stopniach. Mają być złociste.
Smacznego!